"Dwa lata pozbawienia wolności grozi Agnieszce Kublik i Monice Olejnik za czyn, o który oskarżył je zawieszony w obowiązkach członka zarządu Polskiego Radia Jerzy Targalski. Złożył on do sądu akt oskarżenia w którym zarzuca im zniesławienie za pośrednictwem mediów (art 212 Kodeksu Karnego).
Jak napisał Targalski w oświadczeniu, złożył akty oskarżenia w związku z brakiem odpowiedzi na wezwanie przedsądowe wystosowane do dziennikarzy "Gazety Wyborczej" oraz Radia ZET.
Targalski przypomniał, że oprócz aktów oskarżenia wniesionych do sądu karnego, złożył także do sądu cywilnego pozwy, w których zarzuca dziennikarzom "Gazety Wyborczej" naruszenie dóbr osobistych.
- Podtrzymuję to, co pisałam o zachowaniu Jerzego Targalskiego jako wiceprezesa Polskiego Radia. To nie są moje oceny. Przytaczałam opinie jego podwładnych i fakty przez nich opisywane. Jeżeli zostały naruszone czyjeś dobra, to chyba tych pracowników, którzy usłyszeli, że są "złogami gierkowsko-gomułkowskimi" - powiedziała Agnieszka Kublik, która pisała o zwolnieniach z pracy w PR - informuje portal onet.pl
- Targalski jako wiceprezes publicznego radia jest osobą publiczną, która podlega ocenie opinii publicznej. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak Targalski zachowywał się wobec podwładnych pełniąc swoją funkcję - dodała Kublik. Zwróciła uwagę, że "radiowa komisja etyki, która badała zachowanie Targalskiego podczas zwolnień grupowych, potwierdziła opisane przez »Gazetę« zdarzenia". Zaznaczyła, że Targalski dostał od "Gazety Wyborczej" odpowiedź na swoje przedsądowe pismo.
Tymczasem, pomimo słów Agnieszki Kublik portal gazeta.pl wycofuje pierwsze artykuły dotyczące zawieszonego członka zarzadu Polskiego Radia. Kilka dni temu "zniknął artykuł pt "Lecą głowy w Polskim Radio", gdzie teraz znajduje się jedynie informacja iż artykuł usunięto bądź go nigdy nie było.
Np.
http://serwisy.gazeta.pl/metroon/1,0,4071753.html
Nie znaleziono strony o podanym adresie.
Trudno Gazecie jednak będzie wycofać podobne artykuły, bo zamieściło je wiele internetowych portali
Kraj - polska prasa, Lecą głowy w Polskim Radiu Przy okazji przeprowadzanych przez PR zwolnień grupowych w mediach ukazały się wypowiedzi Targalskiego m.in. o tym, że w PR "średnia wieku jest bliska tej na cmentarzu", oraz że "jak się puści w obozie koncentracyjnym miły głos, to też ludzie się z nim zżyją" (o popularności Tadeusza Sznuka).
"Gazeta Wyborcza" przytaczała relację Marii Szabłowskiej, której Targalski miał powiedzieć, że musi ona odejść z radia, bo on czyści je ze "złogów gierkowsko-gomułkowskich", i że "dookoła widzi same stare kobiety".
Targalski mówił wówczas, że Szabłowska "kłamie" i że nie przedstawiła żadnych dowodów na potwierdzenie rzekomych jego słów, a Agora "wielokrotnie kłamała, mimo że miała możliwość sprawdzenia prawdy".
Pisała też, że oświadczył zwalnianej dziennikarce, która wychowuje adoptowane dzieci, że jeśli wzięła sobie dzieci po pijakach, to jej problem.
Okazało się jednak że pojawiło się pisemne oświadczenie tej dziennikarki, że nie jest to prawda
oświadczenie
Rada Nadzorcza Polskiego Radia w kwietniu zawiesiła Targalskiego w pełnieniu obowiązków członka zarządu spółki do czasu wyjaśnienia publicznie przedstawianych zarzutów o naganne wypowiedzi kierowane przez niego do zwalnianych z radia pracowników.
Od kilku tygodni sprawę zachowania Targalskiego wobec pracowników bada Radiowa Komisja Etyki.
Dodatkowego smaczku w całej historii dodaje fakt, że Jerzy Targalski pozostaje w sporze sądowym z redaktorem naczelnym Adamem Michnikiem, a rok temu Gazeta Wyborcza musiała już go przepraszać za opublikowanie kłamstw na jego temat."
Za:
http://www.europa21.pl/Article9099.html
O tej sprawie dyskutują również forumowicze z Frondy:
http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=1060148
"mamy kopie artykulow jakby co"
Czy wszystko tak już mnie znudziło, że nie reaguję? Znowu zero zdziwień..
"Nie żałujcie środków, strategia jest długofalowa” – polecenie tej treści, nadane z Moskwy do ambasady ZSRR w Paryżu przechwycili technicy francuskiego kontrwywiadu zajmujący się nasłuchem operacyjnym. Wydarzenie miało miejsce latem 1959 roku. Po otrzymaniu zaszyfrowanego polecenia z centrali, trzej ważni oficerowie sowieckiej delegatury mieli zamknąć się w szczelnym pokoju, by razem opracować dalszy plan działania tajnej operacji wykorzystywania ruchów feministycznych. Kulminacją tego planu było pozyskanie w ciągu 10 lat kilkunastu milionów dolarów, które zasiliły budżet specsłużb. Równolegle, trwały próby umieszczenia tzw. „agentek wpływu” na ważnych stanowiskach w administracjach państw Zachodniej Europy.
Nowy „kierunek operacyjny”
Ze strzępków informacji, które przeciekły do prasy i do historyków, wynika, że już w połowie lat 50. rezydenci rosyjskich służb specjalnych zwracali uwagę na szerokie możliwości operacyjne, wynikające z ewentualnego wykorzystania tworzących się ruchów feministycznych. Ich zdaniem, coraz większe zainteresowanie i coraz większa popularność tych ruchów musiały w najbliższej przyszłości zapewnić im większe wpływy polityczne, większe źródła dochodów i ogromną społeczną popularność. Wszystkie te czynniki – zdaniem specjalistów z KGB i GRU – mogły być wykorzystane dla krzewienia proletariackiej rewolucji na świecie. Dlatego już w latach 50. centrala w Moskwie wyznaczyła dla swoich zachodnioeuropejskich rezydentur „nowy kierunek operacyjny”, polegający na „pozyskiwaniu źródeł osobowych w kręgach rodzących się internacjonalistycznych ruchów na rzecz praw, równouprawnienia i wolności”. Rozkaz został odszyfrowany dzięki kryptologom pracującym dla zachodniego kontrwywiadu. Potwierdził się zaś po ucieczce Wasilija Mitrochina, dzięki zgromadzonym przez niego dokumentom. Eksperci są dziś pewni, że centrali moskiewskiej chodziło nie tylko o ruchy feministyczne, lecz również pacyfistyczne, hippisowskie, organizacje pro-life i inne, dzięki którym można byłoby wpływać na opinię społeczną.
Nie wiadomo w jaki sposób, w pierwszym okresie przebiegała realizacja tego planu. Z tamtych czasów przedostało się bardzo niewiele informacji, których wiarygodność trudno ocenić. Rąbka tajemnicy uchyliła natomiast ucieczka oficera KGB, którego w 1969 roku przejęły służby specjalne Wielkiej Brytanii, a potem USA. Z wielodniowych rozmów z nim (które wyszły na jaw dzięki informatorowi dziennikarzy w parlamencie USA) wynikało, że specsłużby ZSRR zamierzały „wykorzystać operacyjnie” ruchy na rzecz walk o równouprawnienie, aby dzięki nim móc pozyskiwać pieniądze dla swoich gier wywiadowczych, oraz wprowadzać przez ich środowiska agenturę na ważne stanowiska państwowe w poszczególnych krajach kapitalistycznych. Gra miała jeszcze jeden cel - propagandę przedstawiającą wolne kraje jako miejsce ucisku kobiet, zaś ZSRR (gdzie ruchów dążących do równouprawnienia nie ma) jako państwo bardziej doskonałe.
Przeczytaj cały artykuł: »»