Dawno, dawno temu gdy uzyskałem samoświadomość zastanawiałem się, jak można bronić agentów i funkcjonariuszy UB/ SB. Dzisiaj wiem, że przyczyny są błahe: obojętnie czy chodzi o związki prywatne (matka, ojciec, syn, wnuk) czy też o powiązania zawodowe i solidarność "ludzi z cienia."
W dyskusjach zaobserwować można mechanizm obronny polegający nie na usprawiedliwaniu esbeków wprost, lecz na podważaniu kompetencji historyków zajmujących się tymi szczególnymi źródłami jakimi są świadkowie czasów z innej strony barykady.

Rozmycie odpowiedzialności i przesunięcie punktu ciężkości z samych funkcjonariuszy na "niezbadanego ducha dziejów" i zagubienie ludzi mających jakoby błądzić (errare humanum est) powoduje zaklasyfikowanie innych, podejmujących temat lustracji i sprawiedliwości jako niebezpiecznych oszołomów, czyhających na młodą, polską demokrację.
C. Kiszczak w pokrętny sposób stara się udowodnić, że świstki są niegodne i niewiarygodne. Słuchając jego argumentacji można się zastanowić nad trwałością układów i sitw.
Ze wspomnień ludzi służb wyłania się obraz agentury jako ludzi nieskomplikowanych. Można z nimi rozmawiać, opłacać, chwalić, ganić lub podziwiać za intelekt ale w rzeczywistości (co elita elit podkreśla) nasi funkowie ze specsłużb pogardzają nimi.
Wiedzą o czym piszą- w końcu znają ich prawdziwą wartość i rzekome zasługi...
Wszystko wskazuje zatem, że magdalenkowy spisek jest o wiele bardziej rzeczywisty niż by się to wydawało. Była solidarnościowa opozycja wespół z dawnymi oprawcami (?) żyje sobie doskonale, regularnie wymieniając twarze i wytarte slogany partyjne.
Wypchnięci "radykałowie" (czyli normalsi) wegetują. A społeczeństwo przygląda się przetasowaniom i krzykom: My jeszcze nie rządziliśmy! To oni są winni! Czyżby? Nawet JKM był jednym z konsultantów MKS-u...